kawiarniogalerioczytelnia

*warszawa praga *internet z nieba *handelek (*fotki *książki *badziki)

czwartek, 29 maja 2008

Szmulowizna Pelcowizna albo nasz neighborhood

Wydawnictwo "Most" wypuściło właśnie na rynek pokaźny zbiór zdjęć autorstwa Krzysztofa Micha, zatytułowany "Moje miasto Praga". Autor nie mógł chyba wybrać bardziej niefortunnego tytułu. Przecież Praga to miasto jest w Czechach, a w albumie mowa oczywiście o Warszawie. Szczęśliwie pokuszono się o tłumaczenie książki. Tu tytuł brzmi już bardziej adekwatnie, by nie powiedzieć dumnie. "Praga - My Neighbourhood", to dobre, wypróbowane określenie, chętnie używane w języku afroamerykańskim na budzące respekt, z reguły zamknięte na obcych urbanistyczne enklawy. Rzeczywiście jest to zgodne z prawdą o warszawskiej Pradze, przynajmniej w wyobrażeniach niektórych "lewobrzeżnych". Twórcom albumu, całkiem niechcący jak się wydaje, udało się oddać specyficzną atmosferę dzielnicy aż do bólu. Bo tam wszystko, nie tylko przedstawione przez Pana Krzysztofa widoki, jest niedoskonałe. Okładka w stylu "eleganckim" pokazuje nie dość, że najbardziej oklepany z możliwych, to jeszcze nieszczęśliwie specyficzny dla dowolnej starej części Warszawy motyw, czyli podwórkową kapliczkę z Maryjką. Kompletnie przypadkowy dobór zdjęć, czy arcymistrzostwo nieudanego DTPu, przejawiające się w nieostrościach, pikselozie i przeniebieszczeniach, dopełniają dzieła. Tak, w każdym innym wypadku byłoby to tragedią. Ale nie w tym. Bo przecież Praga sama w sobie jest takim samym przypadkowym, rozłażącym się w szwach patchworkiem. Samowolką estetyczną (lub nieestetyczną, rzecz gustu) jej mieszkańców. W ten oto przewrotny sposób ewidentnie umoczony projekt wychodzi z twarzą z każdej ze skiepsconych kategorii. I nie wyobrażajcie sobie, że publikacja ma retro posmaczek starych pocztówek. To raczej absmak lat 90tych i raczkującej poligrafii wolnej Polski. Dla nas wartość, rzecz jak najbardziej stylowa, choć znajdą się tacy tacy co powiedzą, że to perwa. Wróćmy jeszcze na moment do selekcji zdjęć. Autor nadmienia w słowie wstępnym, że jest to zapis jego podróży sentymentalnej, wspomina coś o smaku pierwszych pocałunków i tego typu młodzieńczych resentymentach. Rzeczywiście na niektórych fotografiach widać to - na ile obróbka pozwala - dość wyraźnie i te właśnie prace odbieram jako mniej ciekawe. Pozostała część, to "taki pejzaż", gdzie pojawiają się wyuzdane kompozycje ze śmieci, kontrapunkty talerzy anten satelitarnych czy upiększenia w postaci wrzutów lokalnych artystów opiewającch Legię, lub przedstawiających dobrze każdemu znaną ikonę "męskiego kutasa". I dla tych zdjęć, mimo niedociągnięć wydawniczych o których wspomniałam, i innych o których nie będę się już rozpisywać, warto uruchomić - niestety - wyobraźnię i spróbować wnikliwie przejrzeć tę pozycję.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Bingo, mało kto spośród ponad 20 już recenzentów tego albumu, tak trafnie odczytał moje intencje. Z dwoma zastrzeżeniami. 1. Układ albumu (także dobór zdjęć) nie jest przypadkowy, ale by to zrozumieć trzeba sobie zadać trochę więcej trudu niż przy czytaniu harlekinów. 2. To samo dotyczy tytułu. Krzysztof Mich